Sobota przeznaczona na delikatne zwiedzanie Berlina, żeby zbytnio nie przeciążać nóg. Niedzielne wczesne śniadanie w naszym hotelu świadczyło już, że tego dnia w Berlinie życie będzie się toczyć wokół maratonu. Różnojęzyczni goście hotelowi poubierani w stroje sportowe raczyli się lekkim posiłkiem. Ranek był piękny, czyste niebo, słońce w całej okazałości – podekscytowani ruszyliśmy na miejsce startu. Zaplecze maratonu znajdowało się na terenach koło Reichstagu. Całość zabezpieczona ogrodzeniem z doskonałym oznaczeniem, gdzie kto ze swoim numerem ma się udać – co było bardzo istotne, gdyż zawodników biorących udział w maratonie było 40 tys.
Po prezentacji czołowych zawodników o godz. 9:00 nastąpił start. Wraz z wielobarwnym, różnojęzycznym tłumem zawodników ruszyliśmy na trasę. Trudno słowami wyrazić wrażenie jakiego się doznaje w trakcie samego biegu. Całą długość maratonu tj. 42 km 195m biegnie się w ciasnym szpalerze zawodników. Jest to coś niesamowitego czego nie można poczuć w żadnym innym biegu. Bardzo ważny jest doping kibiców co ciekawe na całej długości trasy od początku do samego końca po jednej i drugiej stronie ulicy stali aktywnie skandujący mieszkańcy Berlina i nie tylko, oprócz tego mnóstwo zespołów muzycznych.
W takiej atmosferze zapomina się o trudach trasy, własnych słabościach i ani się obejrzeliśmy po 3 godz. i 30 minutach byliśmy na mecie, gdzie czekały na nas żony. Za metą tak samo jak na trasie było wiele punktów z różnego rodzaju napojami, owocami i odżywkami. Szczęśliwi z faktu ukończenia maratonu opuszczaliśmy tereny za Bramą Brandenburską. Jeszcze dwa dni przeznaczyliśmy na dalsze zwiedzanie Berlina.
Jerzy Kozłowski












